Prokrastynacja w branży handmade

Można śmiało stwierdzić, że prokrastynacja dotyka dziś niemal wszystkich, tylko w różnym stopniu natężenia. To bowiem nic innego, jak odkładanie na potem spraw i czynności, o których wiemy, że powinniśmy je z różnych powodów wykonać teraz.  Często na termin nieokreślony, a jeszcze częściej po prostu zwyczajnie  na jutro. Bo przecież wszyscy wiemy, że jutro, jak głosi  hiszpańskie przysłowie, jest zawsze najbardziej pracowitym dniem tygodnia. 

Prokrastynacja  którą kojarzymy z codzienności, przybiera wiele kształtów, bardzo często niewinnych, takich jak  odpowiadanie na e-maile, krótka rozmowa na messengerze, kolejna kawa z ciasteczkiem, telefon do przyjaciółki, wizyta na ulubionym blogu, bo akurat pojawił się nowy wpis itp. itd.

Nie jesteśmy oczywiście zadowoleni z siebie, odkładając rzeczy do zrobienia na później, męczą nas wyrzuty sumienia z tego powodu, a jednak wciąż to robimy. Czasem nawet tworzymy listy zadań i spraw do ogarnięcia, ale potem wybieramy z nich tylko te, które są dla nas najmniej kłopotliwe, trudne i obciążające, choć zazwyczaj one akurat mają najniższy priorytet z całej naszej listy i są najmniej ważne.

U większości ludzi prokrastynacja to po prostu opóźnianie pomiędzy planowanym wykonaniem danej rzeczy, a  jej faktycznym wykonaniem.

„Życie jest wyjątkowo skutecznym sposobem rozpraszania energii”, Dan Brown.

I trudno się z tym nie zgodzić. Naszą uwagę skupia dziennie milion rzeczy, a tym samym rozpraszamy ją na wiele spraw i czynności które nie są nam ani niezbędne, ani dla nas pilne. I dotyczy to zarówno sfery prywatnej, jak i naszych zajęć zawodowych oraz twórczej pracy.

W życiu codziennym pokonanie prokrastynacji nie musi być  jednak tak trudne, jakby mogło się to wydawać. Na ogół bowiem wystarczy konsekwencja i przestrzeganie zasady „to, co musi być zrobione dziś, MUSI być zrobione dziś”. Brzmi prosto, choć wymaga siły woli.

Jednak pokonanie prokrastynacji w procesie twórczym, to dopiero jest wyzwanie! Nie wystarczy tu sama żelazna dyscyplina, nawet gdybyśmy ją posiadali. W grę bowiem wchodzi jeszcze kreatywność,  inspiracja i wena!

A wiadomo, na zawołanie trudno wymyśleć nowy wzór, nietypowe połączenie, coś, co ma zachwycić, a nierzadko stać się też nowością w naszym asortymencie.

Co więc robić ma rękodzielnik, kiedy klienci pytają o produkty (albo przeciwnie, nikt nie pyta, widząc, że nie prezentujemy niczego nowego), zbliżają się terminy targów, świąt, bądź inne istotne z punktu widzenia marki handmade daty, a sił do tworzenia nie starcza? Pomysłów brak, a my zaczynamy z każdym dniem za chwilową niemoc winić się coraz bardziej?

„Zmień swoje myśli, a zmienisz swój świat”,  Norman Vincent Peale. Czyli o tym, jak myśleć o sobie jako twórcy pozytywnie, bez poczucia winy.

Praca twórcza potrafi wyczerpywać nie mniej niż każda inna i tak jak od wszystkiego – od niej też potrzebny jest czasami reset. Nasze mózgi to nie są komputery, w których kolejne obrazki z pomysłami przesuwają się jak w kalejdoskopie, bo gdyby tak było, wszyscy żylibyśmy na Pintereście, niczym w historii opowiedzianej w Matrixie.

Ale jesteśmy „tylko” ludźmi i mamy prawo być zmęczeni. Również tym, co kochamy. Pozwólmy więc sobie czasem na odpoczynek bez wyrzutów, zaopiekowanie się sobą, zadbanie o siebie samych, nie tylko o naszą markę. I bądźmy spokojni – marka jest kompatybilna z nami, więc jeśli my poczujemy się zrelaksowani i zregenerowani – ona też odczuje to z korzyścią.

Marki handmade to w końcu nie etaty w cudzych firmach, które można lubić, bądź nie. To byty, które tworzyliśmy sami, nierzadko po godzinach innej pracy, budowaliśmy z mozołem, pieczołowicie, z trudem zdobywając pierwszych klientów itd.  Bardzo często są nie tylko źródłem pracy i zarobku, ale odzwierciedlają nas samych – nasze marzenia, wizje, plany, sposób, w jaki postrzegamy twórczość. A nierzadko i świat.

Jeśli my będziemy pełni zapału – marka będzie pełna nowych projektów. A żeby mieć zapał, trzeba czasami zwyczajnie się odłączyć od wszystkiego – to całkiem normalne i naturalne, dajmy więc sobie na to przyzwolenie.

Porządek daje trzy korzyści: pomaga pamięci, oszczędza czas i zachowuje rzeczy, A. Dufresne.

Chaos jest rzeczą twórczą, to z niego wyłaniają się bowiem nowatorskie koncepcje, prądy i kierunki w sztuce, trendy i mody. Wszak to z chaosu, wedle greckiej mitologii, narodził się nasz świat. 

W świecie rękodzielniczym używamy pewnego zamiennika chaosu, nazywając często nasze stanowisko pracy mianem nieładu artystycznego. Brzmi zdecydowanie przyjemniej od chaosu i mniej kojarzy się z bałaganem. Jednak choć w większości naszych pracowni znaleźć można całe góry różnorodnych przydasi, półfabrykatów i materiałów, to aby tworzyło się nam przyjemniej, sprawniej, a znalezienie czegoś nie stanowiło od razu ryzyka, że coś innego spadnie nam  na głowę,  to od czasu do czasu należałoby zaprowadzić w takim miejscu nieco ładu i porządku.

Kiedy więc następuje okres, ze z weną i pomysłami u nas krucho, co zdarza się każdemu twórcy, choć zapewne nie każdy się do tego przyznaje, warto ten czas wykorzystać na zrobienie tego, na co zwykle w okresie wzmożonej pracy nie mamy czasu – uporządkowanie otoczenia. Segregacja półfabrykatów, sprawdzenie, czy nie potrzebujemy czegoś domówić, poukładanie materiałów, wyczyszczenie narzędzi, porządek we wszystkim, co dotyczy pakowania i wysyłki (ze sprawdzeniem, czy mamy odpowiedni zapas pudełek/torebek/kopert, gratisów i innych dodatków).

Jednym słowem – przygotowanie się na nadejście nowych pomysłów! J Bo przecież przyjemniej się tworzy w miejscu, gdzie ład i otoczenie pozwala nam wygodnie rozłożyć niezbędne ku temu sprzęty i nie brakuje nam pod ręką miejsca na kubek z herbatą.

„Połowy dokonał, kto zaczął”, Horacy

Jeśli udało nam się w końcu bez wyrzutów sumienia trochę zdynstansować, odpocząć, wyspać, najeść, a może i przewietrzyć głowę spacerami, czy inną pożyteczną aktywnością, czyli jesteśmy po małym urlopie od naszej twórczej pasji, chaos w pracowni został mniej więcej ogarnięty, ale wena wciąż gubi do nas drogę, to może czas ją sprytnie przywołać!

Pamiętając jednak bardzo mądre powiedzenia, że „nic na siłę” oraz „ nie od razu Kraków zbudowano”, dajmy sobie czas na rozgrzewkę, w końcu wracamy do naszej aktywności po pewnej przerwie.  Zacznijmy tworzyć plan, albo ułóżmy przed sobą materiały, szukając inspiracji nie na zewnątrz, ale w samym procesie twórczym. Jest to taki etap, gdzie zamiast myślenia, lepiej sprawdzi się działanie, możemy je nawet rozkładać na małe raty.

A że przerwy w wykonywaniu zadań, także w branży artystycznej, są czymś absolutnie normalnym, podzielmy plan na małe odcinki. To pomoże nam również spojrzeć z perspektywy na poczynione założenia i pierwsze efekty,  co przełoży się na ich lepszą ocenę.

Złota zasada brzmi tutaj: Aby przerwa była pomocna, zrób ją dopiero wówczas, gdy w proces twórczy włożony już został pewien wysiłek.

Prawdopodobnie, gdy tylko zaczniemy pracę, choćby nawet bardzo powoli, nasz mózg przestawi się na działanie i ani się spostrzeżemy, jak wena sama odnajdzie do nas dobrze znaną jej przecież drogę. Działanie wyzwala bowiem ruch, myślenie, kreację, myśl – a w każdym działaniu najważniejsze jest jego rozpoczęcie.

Pamiętajmy! Ważną częścią twórczości jest umiejętność łączenia. Nie tylko barw, faktur i różnorodnych części składowych, które są fizycznie obecne w efekcie końcowym. To także zdolność łączenia naszych wizji, myśli, emocji, umiejętności, odczuć, doświadczeń. To właśnie te kombinacje stanowią punkt wejścia w proces twórczy. I one, jako jedyne, go kontrolują. Pozwólmy im więc działać, bo zazwyczaj trzeba jedynie niewielkiej iskry, by rozpalić – czasem zmęczoną – kreatywność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *